Press "Enter" to skip to content

Tag: recenzja

Dni, których nie znamy

Na wstępie muszę podziękować mojemu przyjacielowi Rogalowi, że podrzucił mi ten komiks. „Koniecznie musisz to przeczytać. Końcówka taka, że ręce mi się trzęsły” – mówił. Natychmiast zorganizowałem sobie godzinę, aby pozostać pod wpływem jego nadszarpniętych nerwów i na świeżo dać się spoliczkować.

Kojarzycie to miejsce w okolicach łokcia, które powoduje elektryczne zwarcie jak się w nie walniecie? Po przeczytaniu Dni, których nie znamy miałem wrażenie jakby ktoś wsadził mi mikro-szpileczkę w serce, a ten prąd naraz zamigotał w tysiącach nerwowych nitek. Niezwykle sugestywna i wzruszająca opowieść. Pozostawia posmak goryczy i nieznośnie dzwoniące w głowie pytania. Ile życia jest w naszym życiu? Czy aby coś w pełni docenić, najpierw musimy to utracić? Czy prawdziwa miłość istnieje tylko w sferze „post factum”? Osobiście – bardzo mocno wypunktowała moje ukryte lęki i spotęgowała potrzebę bycia kochanym. Nie tylko przez innych, ale i samego siebie.

Ktoś to dobrze określił, że po lekturze tego komiksu jest jak po rozmowie z kimś bardzo mądrym. Rozmowa trwa chwilę, ale pozostaje z Tobą na długo. Co do rysunków, kreska i kolory bardzo dobre. Płyną razem z treścią, przez co wchłania się ten komiks na jednym wdechu.

Pinegrove – Marigold (2020)

Podprogowa medytacja nad kształtami i wzorami w przyjemny sposób przechodzi nam przez głowę, kiedy Evan Stephens Hall powraca do swoich spostrzeżeń na temat żółtych kwiatów i zielonych prostokątów. Trochę jakby „Marigold” zaniedbywał wyrobioną już u Pinegrove przebojowość i bezpośredniość, konsekwentnie nie mając już w sobie tego impulsu i poczucia słodkiego zakłopotania po zapoznaniu się z treścią czyjegoś pamiętnika.

Ich poprzedni album „Skylight” wyczekał swój czas w szufladzie, pod kątem zaistniałej wówczas sytuacji, natomiast z tej racji to właśnie dopiero najnowsza twórczość Pinegrove daje zespołowi szansę na świadomy komentarz traktujący o wymiarze swoich błędów oraz dochodzeniu do sugerowanej i pożądanej kontroli, jak i zdrowszego postrzegania życia i relacji. Blamaż i gorycz zakamuflowane zostały gdzieś głębiej w piosenkach o romantycznych uniesieniach i akceptacji siebie. Podtekst warstwy lirycznej możemy podporządkować tu pod własne potrzeby, jednak z dużym marginesem na nadzieję i pozytywny wydźwięk, nawet chociażby kosztem utraty zacięcia i intymności ich poprzednich dokonań.

Uniwersalność i prostota brzmienia nie są tutaj atutem, aczkolwiek nie są też dużym minusem. Minimalizm ma swój urok, a szczerość i ciepło wciąż uderza tak samo w nieustępliwych i ekspresyjnych melodiach, nawet gdy Pinegrove przeciera swój szlak pomiędzy indie i emo-folkiem podążając ku stylom alt-country i americana. Jeśli poprzednie albumy były idealnym pomostem między projektami takimi jak Modern Baseball i Tigers Jaw, a Big Thief i (Sandy) Alex G, to „Marigold” zachęca już może skromnie, ale nieodparcie, do zagłębienia się w profil mocno songwriterski ze strony ich wzorców – artystów takich jak np. John K. Samson lub Colin Meloy z The Decemberists.

Chociaż poziom energii spada delikatnie, wciąż cieszy sam fakt odbywania niełatwej drogi przez prywatne bagno grupy z Montclair. Dostajemy kontrastujący portret, który nawet w prostolinijnym przekazie bywa zarówno zrezygnowany, jak i optymistyczny (It’s feeling pretty bad to me/but I don’t think it goes on endlessly, śpiewa Hall w emocjonalnym „Endless”, zanim przejmie nas prawdopodobnie najbardziej pętlowo-roznamiętnionym refrenem ich całej dyskografii). Narracja jest bardzo introspekcyjna i zawzięta („The Alarmist” / „No Drugs”), czasem nieprzejednana i odważna, lecz jednocześnie wciąż zamglona („Moment” / „Phase”), ale też głównie mocno melancholijna oraz pozornie naiwna, czy nawet trywialna, momentami snuta w alegorycznych ramach obszernie egzaltowanych wersów, opisujących między innymi los umierającego przy drodze oposa („Neighbor”).

„Marigold” w efekcie nie byłby pierwszym albumem, jaki poleciłbym nowemu słuchaczowi, aczkolwiek ze swoimi idealnie zgranymi harmoniami i otwartymi chwytami, które już w pełnym wzięciu przeplatają się z dźwiękami nostalgicznych slide’ów, z pewnością nie zawiedzie od strony wrażeniowej. Zostaniemy muśnięci porannym światłem i zagłębimy się w kampingowych anegdotach, aż poczujemy chęć wpuścić koszulę w spodnie i wspomnieć pierwszy odsłuch Alanis Morissette na Mazurach w 1995. 

Bartek Tajak

Mniej znaczy więcej

Surviving to dziesiąta płyta w dorobku Jimmy Eat World. Pierwsze co mi się nasuwa to wrażenie, że ta okrągła liczba i atmosfera jubileuszu zadziałała bardzo motywująco na zespół z Arizony. Nie żebym odbierał im zaangażowania przy produkcji wcześniejszych albumów, ale tutaj zdecydowanie daje się odczuć chęć podsumowania, klamrę spinająca ich dotychczasową działalność. Jeśli weźmiemy pod uwagę fakt, że skład kwartetu nie zmienił się od niemal trzydziestu lat, dodaje to do całości nadzwyczajnego wydźwięku. Oto przed nami najnowszy, rocznicowy długogrający album chłopaczków, którzy wspólnie dorastali i kształtowali nawzajem swoją muzyczną świadomość od momentu, kiedy zagrali pierwszą próbę w garażu w mieście Mesa we wczesnych latach dziewięćdziesiątych.

Abstrahując od numerka w dyskografii, jest to płyta wyjątkowa. Zespół we współpracy z producentem Justinem Meldal-Johnsenem (m.in. Beck, Nine Inch Nails, Air) postawił na minimalizm, w formie i instrumentarium. Tracklista składa się z dziesięciu solidnych rockowych piosenek, bez kombinowania i postprodukcyjnego dosmaczania. Lider zespołu Jim Adkins w jednym z wywiadów podkreślił, że miejsca które zwykle szpikują dodatkami, tym razem wypełnili… ciszą. I moim zdaniem był to strzał w dziesiątkę. Mniej znaczy więcej. Dali wybrzmieć pięknym, prostym melodiom, a każdy wie, że w melodie to oni umieją.

Pierwsze dźwięki to tytułowy Surviving. Niemal cały kawałek zbudowany na jednym riffie, płynie jak rzeczka, sieka jak młotek (dobrze znamy jednoriffowe hity, chociażby Futures z płyty o tym samym tytule z roku 2004). Następnie leci Criminal Energy – słodko gorzki song z wybijającym się hiciarskim refrenem i nietuzinkową wysoką melodią gitary. Później przechodzimy przez klasyczną balladę „Delivery”, (z kompozycyjnym znakiem rozpoznawczy JEW, czyli hipnotyzującym jednostajnym biciem bębnów), aby dotrzeć do największej niespodzianki albumu, kawałka 555. Nie ma wątpliwości, że to wciąż JEW, z ta różnicą, że ścieżki gitar zostały zastąpione brzmieniem syntezatorów. Wyszło tak dobrze, że zespół postanowił zrobić z tego singiel i nagrać klip. Całość jest wielkim ukłonem w stronę ejtisowego synth-popu i oldskulowych filmów sci-fi. Ten ryzykowny zabieg bardzo się opłacił. Śmiem twierdzić, że 555 to jeden z lepszych numerów JEW od kilku lat. Następnym singlem z płyty jest All the Way (Stay) – bardzo stylowy rockowy kawałek, przypominający najlepsze kompozycje zespołu, takie jak Work (Futures, 2004). Kiedy w końcowej partii rozbrzmiewa solo saksofonu jak z czołówki „Mody na sukces” trochę Cię zatyka, ale w następnej sekundzie puszcza, ponieważ orientujesz się, że to brzmi zadziwiająco dobrze. Okazuje się, że JEW miał podobne wrażenie już na etapie miksu. Pierwotnie solówka saksofonu miała być jedynie urozmaiceniem „fejd-ałtu”, smakowitą mgiełką w czasie ostatnich sekund piosenki. Finalnie, została jej kulminacją. Znowu, ryzykowny ruch się opłacił. Kolejne trzy numery, zabierają nas do wczesnych lat dwutysięcznych. JEW nie sili się na innowacyjność. Dostajemy to co dobrze znamy, jednocześnie nie czujemy się zbywani. Cały album wieńczy coda, grande finale, w postaci numeru Congratulations. Nie jest niczym nowym, że na zakończenie dostajemy długą piosenkę (6:11). Zostaliśmy przyzwyczajeni, że JEW karmi nas ciągnącymi się w nieskończoność motywami (Goodbye Sky Harbor z płyty Clarity trwa ponad 16 minut). Jednak tutaj odnoszę wrażenie że, pomimo tendencji do przedłużania, zespół chce postawić kropkę nad i. I robi to w sposób spektakularny. Na koniec ciekawostka: Jim Adkins śpiewając partie do Congratulations nie mógł odgonić od siebie myśli, że jego głos przypomina charaktersytyczne zaciągania Davey’a Havoka z zespołu AFI. Jim postanowił zadzwonić do niego i podzielić się swoim spostrzeżeniem. W rezultacie doszło do tego, że Davey nagrał swój głos do chórków i zrobił to za pomocą smartfona. Przyznam, że efekt robi wrażenie.

Reasumując: Surviving to bardzo dobry album, który pozwolił mi nieco odetchnąć z ulgą. Jestem spokojny i wciąż wierzę, że Jimmy Eat World jak nikt inny potrafi zagrać i zaśpiewać genialne piosenki. Bez ściemy, bez mamienia nas nowoczesnymi trikami i chowania za przeprodukowanym mejkapem. Czekam na numer jedenaście.