Press "Enter" to skip to content

Pinegrove – Marigold (2020)

Podprogowa medytacja nad kształtami i wzorami w przyjemny sposób przechodzi nam przez głowę, kiedy Evan Stephens Hall powraca do swoich spostrzeżeń na temat żółtych kwiatów i zielonych prostokątów. Trochę jakby „Marigold” zaniedbywał wyrobioną już u Pinegrove przebojowość i bezpośredniość, konsekwentnie nie mając już w sobie tego impulsu i poczucia słodkiego zakłopotania po zapoznaniu się z treścią czyjegoś pamiętnika.

Ich poprzedni album „Skylight” wyczekał swój czas w szufladzie, pod kątem zaistniałej wówczas sytuacji, natomiast z tej racji to właśnie dopiero najnowsza twórczość Pinegrove daje zespołowi szansę na świadomy komentarz traktujący o wymiarze swoich błędów oraz dochodzeniu do sugerowanej i pożądanej kontroli, jak i zdrowszego postrzegania życia i relacji. Blamaż i gorycz zakamuflowane zostały gdzieś głębiej w piosenkach o romantycznych uniesieniach i akceptacji siebie. Podtekst warstwy lirycznej możemy podporządkować tu pod własne potrzeby, jednak z dużym marginesem na nadzieję i pozytywny wydźwięk, nawet chociażby kosztem utraty zacięcia i intymności ich poprzednich dokonań.

Uniwersalność i prostota brzmienia nie są tutaj atutem, aczkolwiek nie są też dużym minusem. Minimalizm ma swój urok, a szczerość i ciepło wciąż uderza tak samo w nieustępliwych i ekspresyjnych melodiach, nawet gdy Pinegrove przeciera swój szlak pomiędzy indie i emo-folkiem podążając ku stylom alt-country i americana. Jeśli poprzednie albumy były idealnym pomostem między projektami takimi jak Modern Baseball i Tigers Jaw, a Big Thief i (Sandy) Alex G, to „Marigold” zachęca już może skromnie, ale nieodparcie, do zagłębienia się w profil mocno songwriterski ze strony ich wzorców – artystów takich jak np. John K. Samson lub Colin Meloy z The Decemberists.

Chociaż poziom energii spada delikatnie, wciąż cieszy sam fakt odbywania niełatwej drogi przez prywatne bagno grupy z Montclair. Dostajemy kontrastujący portret, który nawet w prostolinijnym przekazie bywa zarówno zrezygnowany, jak i optymistyczny (It’s feeling pretty bad to me/but I don’t think it goes on endlessly, śpiewa Hall w emocjonalnym „Endless”, zanim przejmie nas prawdopodobnie najbardziej pętlowo-roznamiętnionym refrenem ich całej dyskografii). Narracja jest bardzo introspekcyjna i zawzięta („The Alarmist” / „No Drugs”), czasem nieprzejednana i odważna, lecz jednocześnie wciąż zamglona („Moment” / „Phase”), ale też głównie mocno melancholijna oraz pozornie naiwna, czy nawet trywialna, momentami snuta w alegorycznych ramach obszernie egzaltowanych wersów, opisujących między innymi los umierającego przy drodze oposa („Neighbor”).

„Marigold” w efekcie nie byłby pierwszym albumem, jaki poleciłbym nowemu słuchaczowi, aczkolwiek ze swoimi idealnie zgranymi harmoniami i otwartymi chwytami, które już w pełnym wzięciu przeplatają się z dźwiękami nostalgicznych slide’ów, z pewnością nie zawiedzie od strony wrażeniowej. Zostaniemy muśnięci porannym światłem i zagłębimy się w kampingowych anegdotach, aż poczujemy chęć wpuścić koszulę w spodnie i wspomnieć pierwszy odsłuch Alanis Morissette na Mazurach w 1995. 

Bartek Tajak

Be First to Comment

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *