Press "Enter" to skip to content

Audiowidoki Posts

Spotkanie

Ostatnia godzina dłuży się w nieskończoność. Toczę rozpaczliwą walkę ze zmęczeniem. Nerwowo mrugam powiekami, starając się strzepnąć z nich ciężkie hałdy snu. Wiercę się w fotelu z rękoma przyklejonymi do kierownicy szukając pozycji, która ma mi zapewnić natychmiastową ulgę. Po chwili dochodzi do mnie, że ta desperacka gimnastyka jest bezcelowa. Nie dam rady, czas wywiesić białą flagę. Uginam się pod naciskiem oprawcy, który nie zna litości. Włączam awaryjne i zjeżdżam na pobocze. Mój nieoczekiwany manewr wytrąca ze snu Blankę. Pyta czy wszystko w porządku, a ja że muszę chociaż na pięć minut zamknąć oczy, bo nas pozabijam. Nie dam rady nawet do najbliższej stacji. Moje ciało i umysł postanowiły sflaczeć i odmawiają posłuszeństwa. 

Przytaczam Blance historię kierowcy, który zasnął za kółkiem i zahaczył o pas zieleni. Trzysta metrów dalej jego auto skurczyło się do rozmiarów puszki po piwie, a kierowca zasnął na wieki. Ciekawi mnie co leciało wtedy w radiu. Jaka ścieżka dźwiękowa towarzyszyła temu nieszczęśnikowi w jego finałowej scenie? Stairway to heaven, czy raczej Highway to hell? A może nadawali informacje o korkach, albo jakąś idiotyczną reklamę? Nie chciałbym umierać do reklamy. Blanka mówi, że jestem głupi i słusznie zauważa, że ten smutny los może nas spotkać też tu, na tym poboczu. Auta prują od nas na grubość włosa, jesteśmy ledwo widoczni, wtopieni w noc. Blanka chce przechwycić stery, żebym mógł się przespać. Dyplomatycznie odmawiam i wychodzę, aby rozprostować gnaty. Noc jest upiornie czarna. Wciągam nosem mroźne powietrze, dreptam w miejscu i sięgam po papierosy. Blanka nie jest zachwycona, że tu stoimy, więc palę w pośpiechu. Widzę jak z daleka nadciąga TIR. Sztywnieję, czekając na złowieszczy podmuch tego potwora. Odwracam się od jezdni, przed moimi oczami znikąd wyrasta wysoki mężczyzna w kapeluszu. Stoi tuż za barierką na tle mrocznej otchłani. Nie potrafię go opisać, dostrzegam jedynie sylwetkę i czuję obecność. Wpatruje się we mnie i powoli unosi rękę. Długimi palcami chwyta za rondo kapelusza. W blasku nadjeżdżającej ciężarówki witam się z nieznajomym. 

Oszołomiony dziwnym spotkaniem czmycham do auta. Blanka śpi zawinięta w moją bluzę. Zapalam silnik i włączam radio. Za niecałą godzinę będziemy na miejscu. 

Szczecin, kwiecień 2019 r.

Weekend w Warszawie

Zacznę od tego, że to weekend wyjątkowy. Głównie ze względu na to, że zmieniłem zawód. Od teraz wszystkim wszędzie będę mówił, że jestem muzykiem (o ile mnie o to zapytają). Nie będę już gorzko cedził przez zęby, że grafik, że dziennikarz, że własna działalność, że chujwieco. Po prostu, jestem muzykiem, artystą. Jestem tym, kim zawsze chciałem zostać i będę to ogłaszał dumnie. Tak się życie ułożyło, że nagrywam solowy album. Jest producent, jest wydawca, jest studio, no i jest MUZYK. Fanfary!

Przyjechaliśmy do Warszawy na kilka dni. Lubię tu przyjeżdżać, spacerować, chodzić po knajpkach, spotykać się ze znajomymi i rodziną, urżnąć się nad Wisełką. Natomiast nie lubię tu mieszkać, to miasto jest dla mnie za skomplikowane, a ja zbyt prosty. Kontrasty bywają męczące.

Byliśmy dziś na lodach w modnej cukiernio-kawiarni. Jako, że prowadzę osobisty ranking lodów śmietankowych (myślę, że niedługo upublicznię swoje spostrzeżenia na łamach audiowidoków) nie mogłem tej okazji przepuścić, zwłaszcza że dopiero otworzyła swoje podwoje. Kolejka jak po srajtaśmę za komuny. Albo lody wybitne, albo to magia popularnego miejsca i kolorowych neonów przyciąga tłumy. Okazało się, że to drugie. Po dwudziestu minutach mlaskałem dwie zimne kule bez smaku. Nawet nie biorę pod uwagę tego miejsca w moim rankingu. Kolejka modnie ubranych ludzi się powiększała, a ja ostentacyjnie ciapkałem przed nimi tę tłustą lodową masę, gmerałem w kubeczku ze zgorzkniałą miną. Modnie, kolorowo i z pompą, a mdli. Myślę, że właśnie tak mam z tą Warszawą…

Z drugiej strony Warszawa jest dla mnie ważna, ponieważ tu dorastałem. Rozkrok pomiędzy byciem dzieckiem, a dorosłym nigdzie nie był tak bolesny jak tu. Moje warszawskie wspomnienia są ciągle żywe, pełne kolorów, ponieważ żyłem tutaj intensywnie. Nie jestem stary, a czuję że swoją młodość zatraciłem w tym mieście.

Jutro rano wracamy do domu. Wieczorem mam próbę, muzycy muszą grać próby.

Dobry wieczór i dobranoc.

Chodzi o to, żeby pisać. Pisać, a później czytać to co się napisało, bez zażenowania. Nie żeby treść miała być żenująca, chodzi raczej o podejście. O zaakceptowanie tego, co w danej chwili chce się napisać. Zaakceptowanie tego, co ma się w głowie, jakim się jest.

Postaram się pisać po swojemu i być sobą, chociaż nie do końca wiem, co to „być sobą” znaczy. Czy „bycie sobą” to nie jest przypadkiem umiejętność zwinnego nakładania masek i odpowiedni ich dobór w zależności od sytuacji i towarzystwa? Siedzę półnagi z kretyńską twarzą przyklejoną do ekranu, nikt mi teraz nie towarzyszy, więc chyba możemy uznać, że jestem sobą.

Dochodzi północ, jutro jedziemy z M. do Warszawy. Zabiera się z nami S. To moja stara znajoma, ostatni raz widzieliśmy się kilka lat temu, piliśmy piwo w Kanie i S. dziwiła się, dlaczego jestem gruby. Trochę schudłem od tamtego czasu, więc liczę jutro na jakiś komentarz.

Opowieści z Narnii

„Opowieści z Narnii” powinien przeczytać każdy, chociaż raz w życiu. Mówię to z pełną świadomością jako czytelnik, który zabrał się za to dopiero po trzydziestce. Świat namalowany przez C.S.Lewis’a, pełen baśniowych stworów, zwierząt mówiących ludzkim głosem, pięknych i zarazem przerażających krain, okrutnych władców i szlachetnego Aslana jest czymś absolutnie ponadczasowym i głębokim. Podróż do Narnii nie jest relaksującym wypadem na weekend. Droga jest kręta, prowadzi przez nieoświetlone zaułki, zagadkowe rozwidlenia i mgliste tereny. Ale to piękna podróż, podczas której dobrotliwy narnijski duch nie odstępuje od nas na krok. Bogactwo symboli i niejednoznacznych sygnałów powodują, że te fantastyczne historie kontemplujemy wiele godzin po zamknięciu książki i, jak to było w moim przypadku, splatamy je z historiami z własnego życia. Z pewnością „Opowieści z Narnii” potrafią wysupłać z czytelnika to jego wyjątkowe coś, tę wrażliwość niepodobną do żadnej innej. To dobra i mądra rzecz, na którą nigdy nie jest za późno.

Moja ulubiona część: „Podróż Wędrowca do Świtu”

Jericho Sirens (Hot Snakes)

Tegoroczna zima była nadzwyczajna. Szarzyzna polskiego krajobrazu wydawała mi się bardziej szara, a nijakość bardziej nijaka. Kęs po kęsie, otaczająca mnie aura brutalnie wyżerała ze mnie resztki sił witalnych. Potrzebowałem słońca, najlepiej w kroplówce. Potrzebowałem impulsu do natychmiastowego wykrzesania życiodajnej energii. Podłoże było wyjątkowo podatne…

Wraz z pojawieniem się pierwszych ciepłych dni napłynęły nowe dźwięki od Hot Snakes. Wystarczyła iskra. Czyste, naturalne oszołomienie. Otwierający album numer „I need a Doctor” był jakby potwierdzeniem, że odnalazłem właściwe, tak wymodlone wybawienie. Później już było tylko lepiej. Krótkie, bezwzględne rock’n’rollowe piosenki działają jak strzały w pysk na ocucenie. Brzmienie dzwoniącego telecastera i skrzeczący głos Ricka Froberga wspaniale tu współgrają. Pojawiające się gdzieniegdzie rytmiczne zawijańce nie są wykombinowane na siłę, lecz uwydatniają naturalną dynamikę poszczególnych kompozycji. Cieszę się, że ta perełka trafiła do mnie w odpowiednim czasie. Polecam wszystkim szukającym mobilizacji do powstania z zimowego snu.

Rok wydania: 2018

Ulubiony numer: „Psychoactive”

Trouble will find me (The National)

Człowiek miewa czasem potrzebę zamartwiania się. I to bez konkretnego powodu. Jeśli brakuje mi pretekstu, aby obudzić w sobie głęboko uśpione demony, sięgam po sprawdzony akompaniament. „Trouble will find me” potrafi wyrwać mnie z beztroskiej nieświadomości i wrzucić w wir rozterek i niepokojów. Na pograniczu snu i jawy. Brzmi trochę okrutnie, ale kontemplując tytuł albumu, wiem na co się piszę, prawda? Muzyka tutaj płynie jednostajnie. Jak górski potok, nigdzie się nie spieszy, nie musi udowadniać swojej siły. Nie ma gwałtownych przypływów i nieoczekiwanych zwrotów. Berninger z właściwą sobie nonszalancją pięknie maluje śpiewem ten pejzaż. Można się przyglądać bez końca.

Rok wydania: 2013

Ulubiony numer: „Fireproof”

Traktat o łuskaniu fasoli (W. Myśliwski)

Trochę żałuję, że tak późno poznałem twórczość Myśliwskiego. Jest to pisarz wyjątkowy i nie mam wątpliwości, że inne jego dzieła również dostarczą mi wielu wzruszeń. Odnajduję w autorze podobną wrażliwość, zwłaszcza kiedy czynnościom z pozoru banalnym nadaje rangę mistycyzmu. W prostych, na co dzień niezauważalnych rzeczach, tkwi istota ludzkiego jestestwa. Na podstawie poruszającej historii głównego bohatera (wojenne dzieciństwo, okres młodzieńczych pasji i rozczarowań, wieloletnia tułaczka po świecie i powrót do kraju) Myśliwski odkrywa zależności pomiędzy przeznaczeniem a przypadkiem. Czytałem z ołówkiem w ręku, gotowy zaznaczać kolejne cytaty. Skarbnica.

P.S. Dziękuję Monice i Maćkowi, tę książkę dostaliśmy od nich jako prezent ślubny.

Rok wydania: 2006

Ulubiony cytat:
Pierwsze światło w całej wsi w naszym oknie, wydawało się, jakby pierwsze na świecie. Pierwsze światło, powiem panu, jest zupełnie inne, niż kiedy się już świeci i tu, i tam, i we wszystkich oknach, we wszystkich domach. Blask jego jest inni i nie ma znaczenia, czy pochodzi z naftowej lampy, czy z żarówki. Mdłe , jak to z naftowej lampy, a ma się wrażenie, ze nie tylko świeci. Żyje. Bo, według mnie, są światła żyjące i światła umarłe. Takie, co tylko świecą, i takie, co pamiętają. Co odpychają i zapraszają. Co patrzą i nie poznają. Co im wszystko jedno, komu świecą, i takie, które wiedzą komu. Co niechby świeciły najjaśniej, a ślepe są. I takie co ledwo się tlą, a widzą aż po koniec życia.

Cavalcade (The Flatliners)

Jeden z moich ulubionych albumów. Przełomowy, zarówno w mojej muzycznej świadomości, jak i sądzę twórczej inwencji chłopaków z Ontario. Romansowanie ze stylistyką ska-podobną na tym albumie jest sporadyczne, co osobiście mnie cieszy. Teraz jest szybciej, głośniej, surowiej. Bulgoczący wokal Chrisa bez pudła prowadzi melodie, które pięknie współgrają z prostymi, ale niebanalnymi riffami. Linia basu nadaje całokształtowi intrygującej liryczności. Muzycznie – ogień, tekstowo – bebechy na wierzchu. Do tego niepokojąca scena na okładce przywodzi na myśl apokaliptyczne wizje z drzeworytów Dürera. Uwielbiam.

Rok wydania: 2010

Ulubiony numer: „New Year’s Resolution”

Life without sound (Cloud Nothings)

Lubię jak z zaskoczenia atakują mnie tak dobre zespoły. Przypadkiem usłyszałem numer „Darkened rings” i jakaś nieokrzesana energia i bezpretensjonalność tego kawałka zwaliła mnie z nóg. Gwałtowny zachwyt wzbudził jednak obawy, kiedy sięgałem po cały album. Niepotrzebnie. Konkretny, zwięzły i tłusty kawał dobrego grania (9 pozycji). Genialny wokal Dylana Baldiego. Gość lamentuje zwrotkę z chłopięcą naiwnością, by nagle eksplodować w refrenie absurdalnie przesterowanym skowytem. Refreny często jedno-, dwuwersowe, nie sposób aby nie wgryzały się w podświadomość (np. I wanna life that’s all I need lately, I’m alive but all alone). Melodie i szczerość tej kapeli chwytają mnie za serducho. W kwestii okładki, ciężko cokolwiek napisać. Nijaka.

Rok wydania: 2017

Ulubiony numer: „Darkened rings”