Press "Enter" to skip to content

Kategoria: Free Fall

Polska muzyka

Ostatnio słucham dużo polskiej muzyki. Czynię to, jak sądzę, w ramach pewnej rehabilitacji. Był czas kiedy myślałem, że po prostu nie ma mi ona wiele do zaoferowania, brakowało mi różnorodności i szczerości. Wszystko było przewidywalne i nudne. Dziś mówię to z lekkim poczuciem wstydu, bo to przecież ignorancja w najczystszej postaci! Zwrot nastąpił oczywiście wtedy, gdy sam postanowiłem nagrać płytę po polsku pod swoim chcąc nie chcąc polskim nazwiskiem. Pewnie nie bez znaczenia jest też fakt, że z wiekiem rodzi się we mnie większy szacunek do polskiego języka i sztuki made in Poland w ogóle. Nauczyłem się doceniać nie tylko talent i predyspozycje nowych artystów, które przekładają się na proces twórczy, ale i trud włożony w samo zaistnienie w specyficznej branży w specyficznym kraju ze specyficznymi upodobaniami jego mieszkańców. Obserwuję działania niezależnych artystów w dobie pandemii. Widzę jak dwoją się i troją aby dotrzeć do słuchaczy ze swoją sztuką. Widzę tę tęsknotę za koncertami, z którą idą do studia i przekuwają w nowe albumy. Sytuacja polityczna jest tak absurdalna, że nic tylko czerpać z niej pełnymi garściami. Myślę, że ten nagromadzony potencjał w końcu wybuchnie i, gdy świat wróci do normalności, zaleje nas przełomowa, nowa fala polskiej muzyki niezależnej, której nie da się zignorować.

Test na błyskotliwość, czyli #Hot16Challenge2

fot. YouTube

Druga odsłona popularnej gry zalewa polski internet. Gracze grają, obserwatorzy się jarają. Zasady są proste – jesteś nominowany, piszesz szesnaście wersów, nagrywasz nawijkę na wideo i nominujesz kolejne osoby. Tak rośnie drzewko. Pnie się w górę i na boki, a Ty idziesz w grubaśny konar albo lichą łamliwą gałązkę. Oczywiście należy Ci się uznanie, gdyż cel jest szlachetny i nadrzędny, ale nie sposób pominąć artystycznego wymiaru Twojego udziału.

Masz 72 godziny na opublikowanie swojego szesnastowersowca. Zegar tyka, wypadałoby wykrzesać z siebie coś przyzwoitego, może jakaś staroć z szuflady się nada, albo coś nowego wypada skrobnąć. Tak czy siak, musisz być bystrzachą. Pod presją czasu kreatywność i talent wysuwają się na pierwszy plan. Jeśli jesteś muzykiem, nawijka powinna być godna szczebla na którym aktualnie wisisz. Jeśli jesteś spoza muzycznego światka, a nawijka wyjątkowo się uda masz szansę zgarnąć podwójną liczbę punktów i gromki aplauz. Może też okazać się, że jesteś Januszem, sprawnie władasz maczetą i częstochowskim rymem. Ok, małpy będą klaskać, ale gdzie tu twórcze piękno?

Przyznaję, ogląda i słucha się tego świetnie. Krótka forma, w której artysta ma szansę pokazać, na co go stać. Nie ma czasu na przesadne produkowanie i rozmydlanie tematu w dwóch zwrotkach, pięciu refrenach i przydługawym bridge’u. Odnoszę wrażenie, że czasem w tym challenge’u największe gwiazdy ulegają przykrej demaskacji. Pod względem jakościowym, w tej grze wygrywają prawdziwe talenty.

Wrzuta Brodki w duecie z 1988 jest drogocenna, zdecydowanie mój numer jeden. Muzycznie i klimaciarsko gęsta jak nimbostratusy. Głos tej filigranowej dziewczyny potrafi zmrozić mi krew w żyłach, idealnie współgra z cmentarnym synowskim bitem. Jest tu jakaś podniecająca fantasmagoria – muzyka jak ze snu, który jednocześnie chcesz pamiętać i zapomnieć. Do tego proste, ale oryginalne najntisowe wideo. Obejrzę sobie jeszcze raz… i jeszcze…

O Audiowidokach – co dalej

Dawno mnie tu nie było. Na szczęście zdążyłem opłacić wszystkie rachunki utrzymujące tę stronę przy życiu. Nie zrobiłem tego jednak po to, aby przez kolejny rok dogorywała smutno w tym internetowym kuble. Idea, która stała za stworzeniem tego bloga była szczytna, przynajmniej w moim mniemaniu – a to już coś.

Świat stanął na głowie. Kule ziemską toczy koronawirus. Służba zdrowia walczy z epidemią na froncie, my walczymy sami ze sobą skiszeni w domach. I z tej walki nierzadko wychodzą dobre rzeczy – rozmawiamy ze sobą, rozbudzamy uśpione zainteresowania, odpoczywamy, patrzymy jak dzieci rosną. Trochę uodparniamy się na medialne torpedowanie naszych głów, zaczynamy myśleć samodzielnie. Wirus trwa, ale lęk zwalnia uścisk i daje odetchnąć. Można skupić się na rzeczach wartościowych.

Postanowiłem nieco odmienić i doprecyzować profil Audiowidoków. Od tej pory na blogu będą pojawiać się recenzje płyt, relacje z koncertów (o ile się jakiś odbędzie), komentarze do wszelkiej maści muzycznych wydarzeń, wywiady z ludźmi muzyki. Aby zadbać o żywy płomień i witalność Audiowidoków postanowiłem zaprosić do współpracy ludzi, których cenię za wiedzę, spostrzegawczość, wrażliwość muzyczną i pióro. Zgodnie z ideą Audiowidoków będziemy pisać o rzeczach, które wyróżniają się na mętnym horyzoncie współczesnej, śmietnikowej kultury. Podróżujemy z dala od obojętności i średniactwa.

Zapraszam Was do śledzenia Audiowidoków. Życzę Wam zdrowia i spokoju ducha.

– Konrad



Pierwsza bacówka

Jakiś czas temu wygrzebałem z plecaka starą kliszę. Oblepiona farfoclami, musiała tkwić tam dość długo. Zaraz sobie przypomniałem co za cudeńka skrywa tajemniczy film. Pobiegłem do punktu foto, kilka dni później odebrałem zdjęcia na płycie CD. Gdzie ja to odpalę? Aby się ten kompakt nie oblepił znowu okruchami zapomnienia na dnie plecaka, zawziąłem się i znalazłem starą stacjonarkę.

Nasz pierwszy wypad do bacówki na zboczach Turbacza. Piękna przyroda, wspaniali ludzie, kąpiele w strumyku, leżenie na trawie, tańce w deszczu, ciepłe wieczory przy wódeczce i bundzu. Byliśmy tam jeszcze później wiele razy, miejsce marzeń z widokiem na kochane Taterki.

Drewniany domek, woda ze studni, światło świec, dzień dziecka codziennie.

Kadr z polskiego filmu z moją żoną w roli głównej.

Taki widok na Taterki.

Malarstwo renesansowe.

Wino, kobiety, sadzawka i śpiew.Rusałki…

…i inne leśne stwory.

Niedźwiedzie wygrzewają się przy wodopoju.

Ze śpiewem na ustach, z sercem na dłoni.

Wiedźmy odprawiają swe gusła.

Dziewczyny pichcą kanapki.

Ostatni haps jajówy.

Piknik.

Piknik, od przodu.

Wiedźmy odprawiają czary.

Jeden robi, reszta patrzy.

Mati przy robocie.

Były nawet zaręczyny na polance.

„Ten spadł na ziemię to będzie dla ciebie, kochanie”

4 razy na NIE.

Spotkanie

Ostatnia godzina dłuży się w nieskończoność. Toczę rozpaczliwą walkę ze zmęczeniem. Nerwowo mrugam powiekami, starając się strzepnąć z nich ciężkie hałdy snu. Wiercę się w fotelu z rękoma przyklejonymi do kierownicy szukając pozycji, która ma mi zapewnić natychmiastową ulgę. Po chwili dochodzi do mnie, że ta desperacka gimnastyka jest bezcelowa. Nie dam rady, czas wywiesić białą flagę. Uginam się pod naciskiem oprawcy, który nie zna litości. Włączam awaryjne i zjeżdżam na pobocze. Mój nieoczekiwany manewr wytrąca ze snu Blankę. Pyta czy wszystko w porządku, a ja że muszę chociaż na pięć minut zamknąć oczy, bo nas pozabijam. Nie dam rady nawet do najbliższej stacji. Moje ciało i umysł postanowiły sflaczeć i odmawiają posłuszeństwa. 

Przytaczam Blance historię kierowcy, który zasnął za kółkiem i zahaczył o pas zieleni. Trzysta metrów dalej jego auto skurczyło się do rozmiarów puszki po piwie, a kierowca zasnął na wieki. Ciekawi mnie co leciało wtedy w radiu. Jaka ścieżka dźwiękowa towarzyszyła temu nieszczęśnikowi w jego finałowej scenie? Stairway to heaven, czy raczej Highway to hell? A może nadawali informacje o korkach, albo jakąś idiotyczną reklamę? Nie chciałbym umierać do reklamy. Blanka mówi, że jestem głupi i słusznie zauważa, że ten smutny los może nas spotkać też tu, na tym poboczu. Auta prują od nas na grubość włosa, jesteśmy ledwo widoczni, wtopieni w noc. Blanka chce przechwycić stery, żebym mógł się przespać. Dyplomatycznie odmawiam i wychodzę, aby rozprostować gnaty. Noc jest upiornie czarna. Wciągam nosem mroźne powietrze, dreptam w miejscu i sięgam po papierosy. Blanka nie jest zachwycona, że tu stoimy, więc palę w pośpiechu. Widzę jak z daleka nadciąga TIR. Sztywnieję, czekając na złowieszczy podmuch tego potwora. Odwracam się od jezdni, przed moimi oczami znikąd wyrasta wysoki mężczyzna w kapeluszu. Stoi tuż za barierką na tle mrocznej otchłani. Nie potrafię go opisać, dostrzegam jedynie sylwetkę i czuję obecność. Wpatruje się we mnie i powoli unosi rękę. Długimi palcami chwyta za rondo kapelusza. W blasku nadjeżdżającej ciężarówki witam się z nieznajomym. 

Oszołomiony dziwnym spotkaniem czmycham do auta. Blanka śpi zawinięta w moją bluzę. Zapalam silnik i włączam radio. Za niecałą godzinę będziemy na miejscu. 

Szczecin, kwiecień 2019 r.

Weekend w Warszawie

Zacznę od tego, że to weekend wyjątkowy. Głównie ze względu na to, że zmieniłem zawód. Od teraz wszystkim wszędzie będę mówił, że jestem muzykiem (o ile mnie o to zapytają). Nie będę już gorzko cedził przez zęby, że grafik, że dziennikarz, że własna działalność, że chujwieco. Po prostu, jestem muzykiem, artystą. Jestem tym, kim zawsze chciałem zostać i będę to ogłaszał dumnie. Tak się życie ułożyło, że nagrywam solowy album. Jest producent, jest wydawca, jest studio, no i jest MUZYK. Fanfary!

Przyjechaliśmy do Warszawy na kilka dni. Lubię tu przyjeżdżać, spacerować, chodzić po knajpkach, spotykać się ze znajomymi i rodziną, urżnąć się nad Wisełką. Natomiast nie lubię tu mieszkać, to miasto jest dla mnie za skomplikowane, a ja zbyt prosty. Kontrasty bywają męczące.

Byliśmy dziś na lodach w modnej cukiernio-kawiarni. Jako, że prowadzę osobisty ranking lodów śmietankowych (myślę, że niedługo upublicznię swoje spostrzeżenia na łamach audiowidoków) nie mogłem tej okazji przepuścić, zwłaszcza że dopiero otworzyła swoje podwoje. Kolejka jak po srajtaśmę za komuny. Albo lody wybitne, albo to magia popularnego miejsca i kolorowych neonów przyciąga tłumy. Okazało się, że to drugie. Po dwudziestu minutach mlaskałem dwie zimne kule bez smaku. Nawet nie biorę pod uwagę tego miejsca w moim rankingu. Kolejka modnie ubranych ludzi się powiększała, a ja ostentacyjnie ciapkałem przed nimi tę tłustą lodową masę, gmerałem w kubeczku ze zgorzkniałą miną. Modnie, kolorowo i z pompą, a mdli. Myślę, że właśnie tak mam z tą Warszawą…

Z drugiej strony Warszawa jest dla mnie ważna, ponieważ tu dorastałem. Rozkrok pomiędzy byciem dzieckiem, a dorosłym nigdzie nie był tak bolesny jak tu. Moje warszawskie wspomnienia są ciągle żywe, pełne kolorów, ponieważ żyłem tutaj intensywnie. Nie jestem stary, a czuję że swoją młodość zatraciłem w tym mieście.

Jutro rano wracamy do domu. Wieczorem mam próbę, muzycy muszą grać próby.

Dobry wieczór i dobranoc.

Chodzi o to, żeby pisać. Pisać, a później czytać to co się napisało, bez zażenowania. Nie żeby treść miała być żenująca, chodzi raczej o podejście. O zaakceptowanie tego, co w danej chwili chce się napisać. Zaakceptowanie tego, co ma się w głowie, jakim się jest.

Postaram się pisać po swojemu i być sobą, chociaż nie do końca wiem, co to „być sobą” znaczy. Czy „bycie sobą” to nie jest przypadkiem umiejętność zwinnego nakładania masek i odpowiedni ich dobór w zależności od sytuacji i towarzystwa? Siedzę półnagi z kretyńską twarzą przyklejoną do ekranu, nikt mi teraz nie towarzyszy, więc chyba możemy uznać, że jestem sobą.

Dochodzi północ, jutro jedziemy z M. do Warszawy. Zabiera się z nami S. To moja stara znajoma, ostatni raz widzieliśmy się kilka lat temu, piliśmy piwo w Kanie i S. dziwiła się, dlaczego jestem gruby. Trochę schudłem od tamtego czasu, więc liczę jutro na jakiś komentarz.