Press "Enter" to skip to content

Autor: audiowidoki

10 pytań do c o l o r s

fot. Michał Matraszek

W związku z premierą debiutanckiej płyty zespołu c o l o r s (wyd. Antena Krzyku) postanowiłem zadać chłopakom z zespołu c o l o r s kilka pytań odnośnie ich twórczości. Rozmawiałem z Danielem Prasułą (gitara, wokal) oraz Tomkiem Szewczykiem (bas).

  1. 1.Kiedy i w jakich okolicznościach powstał zespół c o l o r s? Dlaczego c o l o r s?

Daniel: zespół powstał na skutek zwykłego postu na Facebooku, gdzie zapytałem się znajomych, czy ktoś nie chciałby założyć zespołu, pograć razem. Odezwał się wtedy Dawid (miałem taką cichą nadzieję, że się odezwie!), który zwerbował Grześka, zaprosili mnie do Puław i tak to wszystko się zaczęło. Pierwsze dwie, trzy próby niestety nie spowodowały, że graliśmy razem dalej. Nastała cisza, przyszedł COVID i wszystko stanęło. Na szczęście stwierdziłem, że czuję w tym projekcie, w tych ludziach niesamowity potencjał i wspólną chemię. Wtedy postanowiłem nagrać dwa kawałki: „Summer” oraz „Ordinary Day”. Przesłałem je chłopakom – oni po przesłuchaniu stwierdzili, że musimy to zrobić i wróciliśmy do grania. W międzyczasie dołączył do nas Tomek, a reszta to już historia.

A dlaczego colors? Mieliśmy różne pomysły na nazwy, aż w końcu wyszło colors. Nie ma ona jakiegoś specjalnego znaczenia. Lubimy minimalizm, prostotę nie tylko muzyczne, ale również w nazwach, tekstach czy też estetyce związanej z zespołem.

  1. Czy od początku wiedzieliście co i jak chcecie grać, mieliście określone inspiracje i od pierwszej próby podążacie w danym kierunku? 

Daniel: Wydaje mi się, że tak. Wszyscy mamy bardzo „otwarte głowy” jeśli chodzi o muzykę itd., ale wiedzieliśmy w jakim kierunku chcemy iść. W raz z każdą kolejną probą udawało nam się to osiągnąć. Każdy kawałek na płycie jest inny, a jednocześnie spójny z resztą co tworzy świetną całość. Tak naprawdę debiutancki album jest taki, jaki sobie każdy gdzieś tam wymarzył. Cel pod względem brzmienia i jak to ma wyglądać, sądzę że osiągnęliśmy w 100%. Inspirujemy się mnóstwem zespołów, ale na pewno na ten album głównymi inspiracjami były kapele takie jak Citizen, Superheaven i Turnover.

  1. Jak długo powstawał materiał na debiutancki album? Jak wygląda Wasza współpraca w studiu? Czy na próby przynosicie gotowe kawałki, czy filtrujecie pomysły aż powstanie jednolity utwór? 

Daniel: Album powstał w około pół roku. Jest to tylko 8 kawałków, ale wyselekcjonowanych, gdyż pomysłów było trochę więcej. Po prostu się nie przebiły dalej. Chcieliśmy mieć mniej, ale o wiele lepszej jakości kawałki, które będą dopracowane i będzie można w nich poczuć klimat jaki chcemy przekazać.

Co do tworzenia: na początku było tak, że ja tworzyłem kawałki w swoim studiu domowym od A do Z i wysyłałem chłopakom. Oni oceniali czy pracujemy nad tym i następnie na próbach już dopracowywaliśmy, zmienialiśmy formułę ponieważ to, że wysyłam swoje pomysły to nie znaczy, że to ostateczny kształt utworu. Wtedy dopiero zaczyna się proces twórczy, plastyczny wręcz. Ostatnie próby pokazały również, że potrafimy ze spontanicznego jammu coś obczaić i spróbować zagrać i stworzyć nowy utwór.

Tomek: Współpraca w studio dla mnie osobiście była to ekscytacja i jednocześnie mały stresik dlatego że pierwszy raz w życiu nagrywałem materiał w studio.Na szczęście nagrywaliśmy wręcz w domowej atmosferze w dobrze znanym nam miejscu. Każdy wiedział co ma zrobić, kiedy jest jego czas. Materiał został zarejestrowany zgodnie z grafikiem. Dzięki właściwej organizacji można zrobić to naprawdę szybko i być zadowolonym z końcowego efektu. Było naprawdę śmiesznie i oby więcej takich nagrań.

  1. Graliście i pewnie wciąż udzielacie się w innych projektach. Jaką rolę w Waszym życiu pełni c o l o r s? Co chcecie przez niego powiedzieć, jakie emocje przekazać, co z siebie wyrzucić?

Daniel:  W tym momencie to chyba jedynie Grzesiek oraz Dawid mają projekty muzyczne po za c o l o r s. Grzegorz jest gitarzystą zespołu Dom Zły oraz Hidden World, gdzie również udziela się Dawid. Jeśli chodzi o mnie jest to mój jedyny projekt, na którym chcą skupić całą swoją uwagę, talent, umiejętności oraz czas. Jest to projekt który stworzyliśmy razem wydaje mi się w super relacjach, z niesamowicie luźnym podejściem do wszystkiego, a jednocześnie ogromnym zaangażowaniem i pasją. Chcę aby to trwało jak najdłużej.

Tomek: c o l o r s to nasza zajawka, odskocznia od codzienności, do której chętnie wracamy, spotykamy się na próbach i tworzymy muzykę. Każdy z nas jest inny. Jesteśmy ojcami, mężami, partnerami w związku, na co dzień wykonujemy różne zawody. Nasza muzyka to my, nasze nastroje, inspiracje których słuchamy. Jest wypadkową 4 indywidualności które idą swoimi ścieżkami przez życie. Każdy z nas ma swój kolor i wnosi do zespołu swoje 5 groszy. Na próbach zapominamy o codziennych problemach, liczy się tu i teraz. Jaramy się jak dzieci jak coś nowego uda nam się stworzyć. Dla mnie osobiście to poważne granie po prawie 20 latach przerwy na scenie hc/punk. Bardzo mi tego brakowało. Myślę że dzięki temu jesteśmy lepsi w innych aspektach naszego życia. Muzyka daje nam tego kopa, radość i napędza nas w codziennym życiu do działania. 

  1. Czy odnajdujecie jakiś rodzaj sprzyjających warunków do tworzenia w czasie pandemii? Pozwala Wam ona wyciszyć się i zajrzeć głębiej, czy raczej Was dekoncentruje?

Daniel: Z mojego punktu widzenia, pandemia na pewno pomaga mi w dopracowywaniu piosenek oraz w komponowaniu i muzycznym eksperymentowaniu. Mam na to czas po prostu. Wiadomo, jest jedna rzecz której nam przeogromnie brakuje, czyli próby. Staramy się grać je jak najczęściej, ale różnie z tym bywa. Generalnie dość intensywnie wykorzystujemy ten czas nie tylko muzycznie, ale również aby ogarniać tematy około-zespołowe jak prowadzenie social media, promocja płyty, kwestie związane z merchem itd.

  1. Jak planujecie zjednoczyć się ze słuchaczami w tym niekoncertowym czasie? Czy towarzyszył Wam niepokój związany z wydaniem płyty właśnie teraz?

Daniel: Staramy się całą nasza uwagę skupić właśnie na social mediach jak Facebook oraz Instagram. Wiemy, ze niestety nie jest to ta sama scena, która pamiętamy sprzed 10-15 lat i bez tych platform się nie istniejesz teraz dla słuchacza. Aktywnie działamy również pod względem teledysków, promocji w stacjach radiowych itd. Wiemy, że teraz mamy o wiele trudniejszy czas, jeśli chodzi o promocję i staramy się nie dać o sobie zapomnieć i być cały czas aktywnym.

Wydając płytę nie myśleliśmy o tym. Jedynie co to mieliśmy żal, ze nie będziemy mogli od razu zrobić trasy promocyjnej i zaprezentować słuchaczom materiału na żywo. Na szczęście jeszcze przed premierą albumu (9.04) zbieraliśmy same pochlebne opinie, wiec mamy nadzieje, że w całości również się spodoba.

Tomek: Obecnie żyjemy w trudnych czasach. Sytuacja epidemiczna na świecie nie daje nam wielkiego pola manewru. Brak występów na żywo i ograniczenia na każdym kroku nie napawają nas optymizmem, ale mamy nadzieję, że nadrobimy koncerty live z nawiązką. Co do płyty to wydaje mi się że towarzyszy nam spokój. To dobry czas na wydanie płyty, ludzie są głodni muzyki. Odbiorcy więcej czasu teraz spędzają w domach i dużo słuchają muzyki. Skupiamy się na tym, co możemy czyli promocją w sieci, w audycjach radiowych, pracujemy nad teledyskiem. Chcemy zaistnieć w jakiś sposób, pokazać siebie na tyle na ile jesteśmy w stanie.

  1. Czy będziecie organizować koncerty online, czy raczej skumulujecie energię do spotkania z fanami na żywo?

Daniel: Sytuacja w której teraz się znajdujemy, wręcz zmusza nas do takich rozwiązań, abyśmy mogli prezentować się również online np. na YouTube czy Facebook. Oczywiście mamy w planach kilka innych rzeczy niż teledyski czy lyric video, ale to jest jeszcze w fazie roboczej. Na pewno będzie się można dowiedzieć o wszystkim z naszego fan page’a już wkrótce.

  1. W Waszej muzyce czuję dużą nostalgię. Czy tęsknicie za czymś, o czym wiecie, że już nigdy nie powróci? A z drugiej strony co przynosi Wam radość na tyle dużą, aby pisać o tym piosenki?

Daniel: Zdecydowanie nasza muzyka jest nostalgiczna. Jest to związane nie tylko z samą chęcią grania tego typu muzyki. Myślę, że w dużej mierze ten klimat wynika z naszej małomiasteczkowości (Otwock, Puławy) i tego jak bardzo takie otoczenie wpływa na nas. A jeśli chodzi o inspiracje do pisania to odpowiedź jest prosta: życie. Wiem, banalna odpowiedź, ale chyba jedyna jaka przychodzi mi do głowy. Wspomnienia, sytuacje których było się świadkiem, albo jakieś wyobrażenia w głowie są niewyczerpanym źródłem do pisania piosenek.

  1. Gdyby obrazy do piosenek c o l o r s miał namalować malarz, kto by to był i dlaczego?

Daniel: Osobiście wybrałbym malarzy związanych z ekspresjonizmem abstrakcyjnym takich jak: Jackson Pollock, Mark Rothko, Willem de Kooning czy Joan Mitchel. Wszyscy pomimo smutku w przekazie, nostalgii oraz poczucia pustki, jednocześnie wyrażali się poprze kolory. Ich obrazy są kolorowe, żywe i sprawiają że chcesz do nich wracać.

  1. Jakie kolory wnosi każdy z Was, z osobna, do zespołu? 

Daniel: Chyba każdy z Nas do zespołu wnosi swój ulubiony kolor: czerń. Okazuje się jak widać, że te ze zmieszania czterech róznych odcieni czerni powstaje coś tak barwnego jak zespół c o l o r s.

Dni, których nie znamy

Na wstępie muszę podziękować mojemu przyjacielowi Rogalowi, że podrzucił mi ten komiks. „Koniecznie musisz to przeczytać. Końcówka taka, że ręce mi się trzęsły” – mówił. Natychmiast zorganizowałem sobie godzinę, aby pozostać pod wpływem jego nadszarpniętych nerwów i na świeżo dać się spoliczkować.

Kojarzycie to miejsce w okolicach łokcia, które powoduje elektryczne zwarcie jak się w nie walniecie? Po przeczytaniu Dni, których nie znamy miałem wrażenie jakby ktoś wsadził mi mikro-szpileczkę w serce, a ten prąd naraz zamigotał w tysiącach nerwowych nitek. Niezwykle sugestywna i wzruszająca opowieść. Pozostawia posmak goryczy i nieznośnie dzwoniące w głowie pytania. Ile życia jest w naszym życiu? Czy aby coś w pełni docenić, najpierw musimy to utracić? Czy prawdziwa miłość istnieje tylko w sferze „post factum”? Osobiście – bardzo mocno wypunktowała moje ukryte lęki i spotęgowała potrzebę bycia kochanym. Nie tylko przez innych, ale i samego siebie.

Ktoś to dobrze określił, że po lekturze tego komiksu jest jak po rozmowie z kimś bardzo mądrym. Rozmowa trwa chwilę, ale pozostaje z Tobą na długo. Co do rysunków, kreska i kolory bardzo dobre. Płyną razem z treścią, przez co wchłania się ten komiks na jednym wdechu.

Pinegrove – Marigold (2020)

Podprogowa medytacja nad kształtami i wzorami w przyjemny sposób przechodzi nam przez głowę, kiedy Evan Stephens Hall powraca do swoich spostrzeżeń na temat żółtych kwiatów i zielonych prostokątów. Trochę jakby „Marigold” zaniedbywał wyrobioną już u Pinegrove przebojowość i bezpośredniość, konsekwentnie nie mając już w sobie tego impulsu i poczucia słodkiego zakłopotania po zapoznaniu się z treścią czyjegoś pamiętnika.

Ich poprzedni album „Skylight” wyczekał swój czas w szufladzie, pod kątem zaistniałej wówczas sytuacji, natomiast z tej racji to właśnie dopiero najnowsza twórczość Pinegrove daje zespołowi szansę na świadomy komentarz traktujący o wymiarze swoich błędów oraz dochodzeniu do sugerowanej i pożądanej kontroli, jak i zdrowszego postrzegania życia i relacji. Blamaż i gorycz zakamuflowane zostały gdzieś głębiej w piosenkach o romantycznych uniesieniach i akceptacji siebie. Podtekst warstwy lirycznej możemy podporządkować tu pod własne potrzeby, jednak z dużym marginesem na nadzieję i pozytywny wydźwięk, nawet chociażby kosztem utraty zacięcia i intymności ich poprzednich dokonań.

Uniwersalność i prostota brzmienia nie są tutaj atutem, aczkolwiek nie są też dużym minusem. Minimalizm ma swój urok, a szczerość i ciepło wciąż uderza tak samo w nieustępliwych i ekspresyjnych melodiach, nawet gdy Pinegrove przeciera swój szlak pomiędzy indie i emo-folkiem podążając ku stylom alt-country i americana. Jeśli poprzednie albumy były idealnym pomostem między projektami takimi jak Modern Baseball i Tigers Jaw, a Big Thief i (Sandy) Alex G, to „Marigold” zachęca już może skromnie, ale nieodparcie, do zagłębienia się w profil mocno songwriterski ze strony ich wzorców – artystów takich jak np. John K. Samson lub Colin Meloy z The Decemberists.

Chociaż poziom energii spada delikatnie, wciąż cieszy sam fakt odbywania niełatwej drogi przez prywatne bagno grupy z Montclair. Dostajemy kontrastujący portret, który nawet w prostolinijnym przekazie bywa zarówno zrezygnowany, jak i optymistyczny (It’s feeling pretty bad to me/but I don’t think it goes on endlessly, śpiewa Hall w emocjonalnym „Endless”, zanim przejmie nas prawdopodobnie najbardziej pętlowo-roznamiętnionym refrenem ich całej dyskografii). Narracja jest bardzo introspekcyjna i zawzięta („The Alarmist” / „No Drugs”), czasem nieprzejednana i odważna, lecz jednocześnie wciąż zamglona („Moment” / „Phase”), ale też głównie mocno melancholijna oraz pozornie naiwna, czy nawet trywialna, momentami snuta w alegorycznych ramach obszernie egzaltowanych wersów, opisujących między innymi los umierającego przy drodze oposa („Neighbor”).

„Marigold” w efekcie nie byłby pierwszym albumem, jaki poleciłbym nowemu słuchaczowi, aczkolwiek ze swoimi idealnie zgranymi harmoniami i otwartymi chwytami, które już w pełnym wzięciu przeplatają się z dźwiękami nostalgicznych slide’ów, z pewnością nie zawiedzie od strony wrażeniowej. Zostaniemy muśnięci porannym światłem i zagłębimy się w kampingowych anegdotach, aż poczujemy chęć wpuścić koszulę w spodnie i wspomnieć pierwszy odsłuch Alanis Morissette na Mazurach w 1995. 

Bartek Tajak

L. J. Grace, Dan Ozzi – Trans (Wyd. Czarne – 2021)

Jestem wielkim fanem wszystkich wcieleń Laury. Uwielbiam jej twórczość solową, zespół AgainstMe! i muzykę z okresu, gdy była uwięziona w ciele Toma Gabela. Sami więc rozumiecie, że ta pozycja musiała się znaleźć na mojej półce. To moja pierwsza książka, którą zamówiłem w przedsprzedaży, nie nazwałbym tego jednak wówczas zakupem w ciemno – byłem przekonany, że treść będzie na wysokim poziomie. Przez pryzmat piosenek, które tak mocno do mnie przemawiają, zaufałem literackiej wrażliwości Laury i…

… oczywiście się nie zawiodłem. Książkę przeczytałem w dwa wieczory. Płynąłem z narracją, bez zmęczenia uczestniczyłem w kolejnych etapach jej niełatwego życia. Jej wewnętrzne zmagania, poszukiwania tożsamości zostały przedstawione wprost, bez zbędnego patosu i romantyzowania. Są ostre i klarowne, jak jej piosenki. Rozumiałem tę udrękę i szamotaninę z życiem, mimo że przecież nie sposób mi postawić się w roli kobiety uwięzionej w męskim ciele. Świat nie przestanie być wobec nas wrogi i nie przestaniemy ranić bliskich, jeśli najpierw nie pogodzimy się z własnym ja – to moim zdaniem główne przesłanie tej książki. Wydawać by się mogło, że to banał, lecz jest to prawda głęboko w nas ukryta i trudna do zrealizowania w dzisiejszym świecie. Świecie powierzchowności i ogromnej presji wynikającej z dostosowywania się do pewnych moralnych, czy społecznych standardów. W książce nie uświadczymy żadnego ględzenia, czy moralizatorstwa, pewne myśli po prostu nasuwają się same – to jedna z ważniejszych cech dobrej literatury.

Dodatkowo ta książka to istna perełka dla wszystkich fanów amerykańskiego punk rocka. Znajdziemy tu masę różnych anegdot z tras koncertowych, koncertów, nagrywek w studiu, spotkań i relacji członków AgainstMe! z innymi zespołami. Bardzo ciekawe są również opisy i wszelkie inspiracje towarzyszące muzykom AgainstMe! w nagrywaniu poszczególnych albumów. Dzięki lekturze z wielką przyjemnością wróciłem też do nagrań, które z jakiegoś powodu na przestrzeni lat lekceważyłem. To wspaniałe uczucie móc na nowo poznawać twórczość Laury.

Kilka lat temu w Berlinie byłem na solowym koncercie Toma Gabela w ramach trasy „Revival Tour”. Zwróciłem wówczas uwagę na jego osobliwy wygląd, był niemal całkowicie pozbawiony włosów na ciele poza gęstymi piórami opadającymi na ramiona oraz miał delikatne, niemal kobiece rysy twarzy. Pamiętam tę dziwną, energię, która emanowała ze sceny podczas jego występu. Nie wiem dlaczego, ale obserwując go, czułem się skrępowany. O tym zdarzeniu przeczytałem później w tej książce… teraz wiem, że na własnej skórze poczułem demony, z którymi zmagał się wówczas Tom.

8/10

Max Bravura – Too Bravura (2021)

Moje przepraszanie się z polską muzyką zacząłem z grubej rury. Nie spodziewałem się i zostałem mile spoliczkowany. Ale po kolei. Nie wiem zbyt wiele na temat tego zespołu, strzępki informacji przeczytałem w internecie. Max Bravura pochodzą ze Śląska, mają na koncie kilka numerów, epkę, no i świeżo przyrządzony, krótki ale treściwy longplay. Na ten moment nie potrzebuję wiedzieć nic więcej, ponieważ ten album mówi sam za siebie i już po pierwszym przesłuchaniu moje dłonie same składały się do oklasków. Płyta rozpoczyna się rasowym punkowym młotkiem „OFF!”. W tym trwającym aż minutę numerze upchali wszystko i o dziwo wszystko się zgadza: dobre brzmienie, sowizdrzalski wokal, tempo, treść, wałkowany szlagwort i delikatny pocisk na Artura Rojka. Dalej dostajemy „Myśliwych”, kawałek który nie do końca przypadł mi do gustu za pierwszym razem. W pełni doceniłem go jednak po kilku przesłuchaniach i myślę, że właśnie w tej niejednoznaczności tkwi jego moc. Świetnie się rozwija, po drugim refrenie zmienia barwę i zostawia dzwoniący z tylu głowy niepokój. Tekst jest również osobliwy, wciąż odkrywam w nim ukryte warstwy. Kolejne trzy numery „Teardrops”, „My voice” oraz „Johnny” to świetne kompozycje, kapitalne melodie i wokal jakiego dawno nie słyszałem. Doskonale rozumiem to językowe rozdwojenie jaźni w przypadku tej płyty, ponieważ wokalista ma się tu czym pochwalić. Barwa głosu i linie melodyczne to jedno, bardzo dobry angielski to drugie, no ale kontrola głosu i jego emisja to już nie są byle dyrdymały moi mili, tu już należy się uznanie i szacunek. Wokalista, Maciej Wachowiak, genialnie operuje swoim głosem, brzmi mocno zarówno w niskich jak i wysokich rejestrach, swobodnie się między nimi porusza. Momentami przypomina mi wokal Sama McTrustyego z kapeli Twin Atlantic, nawet szkocki akcent się zgadza. Kawałek „Repetetywny” to solidny kawał rock’n’rolla ze znakomitą partią gitary, wkurwem i harmonią a’la Billy Talent. „Mostly 4 fun” i „Reasons” to moje ulubione numery, przepiękne słodko-gorzkie melodie i śpiew, który wprawia mnie w osłupienie. Słucham i nie wiem czy to śpiewa jedna osoba, czy to może cały zespół się wokalnie udziela. Te kawałki opowiadają mi historie, w które chcę się wsłuchiwać. Gitary pięknie współbrzmią z synthami, a pod tym wszystkim łupią kapitalne bębny. Bicia tu są nietuzinkowe i smaczne, bębniarz odwala tu kawał dobrej roboty. Numer „Reasons” przywodzi mi na myśl najlepsze czasy the killers z płyty „Hot fuss”. Okładka bardzo mi się podoba, nie wiem czy przedstawia cierpienie, czy głupi śmiech – wiem, że wywołuje we mnie uczucie jakiegoś niepokoju i rozdygotania. Idealnie współgra z warstwą muzyczną. Świetny zespół, chciałbym jutro pójść na ich koncert.

Ulubiony numer: „Reasons”

Polska muzyka

Ostatnio słucham dużo polskiej muzyki. Czynię to, jak sądzę, w ramach pewnej rehabilitacji. Był czas kiedy myślałem, że po prostu nie ma mi ona wiele do zaoferowania, brakowało mi różnorodności i szczerości. Wszystko było przewidywalne i nudne. Dziś mówię to z lekkim poczuciem wstydu, bo to przecież ignorancja w najczystszej postaci! Zwrot nastąpił oczywiście wtedy, gdy sam postanowiłem nagrać płytę po polsku pod swoim chcąc nie chcąc polskim nazwiskiem. Pewnie nie bez znaczenia jest też fakt, że z wiekiem rodzi się we mnie większy szacunek do polskiego języka i sztuki made in Poland w ogóle. Nauczyłem się doceniać nie tylko talent i predyspozycje nowych artystów, które przekładają się na proces twórczy, ale i trud włożony w samo zaistnienie w specyficznej branży w specyficznym kraju ze specyficznymi upodobaniami jego mieszkańców. Obserwuję działania niezależnych artystów w dobie pandemii. Widzę jak dwoją się i troją aby dotrzeć do słuchaczy ze swoją sztuką. Widzę tę tęsknotę za koncertami, z którą idą do studia i przekuwają w nowe albumy. Sytuacja polityczna jest tak absurdalna, że nic tylko czerpać z niej pełnymi garściami. Myślę, że ten nagromadzony potencjał w końcu wybuchnie i, gdy świat wróci do normalności, zaleje nas przełomowa, nowa fala polskiej muzyki niezależnej, której nie da się zignorować.

Mniej znaczy więcej

Surviving to dziesiąta płyta w dorobku Jimmy Eat World. Pierwsze co mi się nasuwa to wrażenie, że ta okrągła liczba i atmosfera jubileuszu zadziałała bardzo motywująco na zespół z Arizony. Nie żebym odbierał im zaangażowania przy produkcji wcześniejszych albumów, ale tutaj zdecydowanie daje się odczuć chęć podsumowania, klamrę spinająca ich dotychczasową działalność. Jeśli weźmiemy pod uwagę fakt, że skład kwartetu nie zmienił się od niemal trzydziestu lat, dodaje to do całości nadzwyczajnego wydźwięku. Oto przed nami najnowszy, rocznicowy długogrający album chłopaczków, którzy wspólnie dorastali i kształtowali nawzajem swoją muzyczną świadomość od momentu, kiedy zagrali pierwszą próbę w garażu w mieście Mesa we wczesnych latach dziewięćdziesiątych.

Abstrahując od numerka w dyskografii, jest to płyta wyjątkowa. Zespół we współpracy z producentem Justinem Meldal-Johnsenem (m.in. Beck, Nine Inch Nails, Air) postawił na minimalizm, w formie i instrumentarium. Tracklista składa się z dziesięciu solidnych rockowych piosenek, bez kombinowania i postprodukcyjnego dosmaczania. Lider zespołu Jim Adkins w jednym z wywiadów podkreślił, że miejsca które zwykle szpikują dodatkami, tym razem wypełnili… ciszą. I moim zdaniem był to strzał w dziesiątkę. Mniej znaczy więcej. Dali wybrzmieć pięknym, prostym melodiom, a każdy wie, że w melodie to oni umieją.

Pierwsze dźwięki to tytułowy Surviving. Niemal cały kawałek zbudowany na jednym riffie, płynie jak rzeczka, sieka jak młotek (dobrze znamy jednoriffowe hity, chociażby Futures z płyty o tym samym tytule z roku 2004). Następnie leci Criminal Energy – słodko gorzki song z wybijającym się hiciarskim refrenem i nietuzinkową wysoką melodią gitary. Później przechodzimy przez klasyczną balladę „Delivery”, (z kompozycyjnym znakiem rozpoznawczy JEW, czyli hipnotyzującym jednostajnym biciem bębnów), aby dotrzeć do największej niespodzianki albumu, kawałka 555. Nie ma wątpliwości, że to wciąż JEW, z ta różnicą, że ścieżki gitar zostały zastąpione brzmieniem syntezatorów. Wyszło tak dobrze, że zespół postanowił zrobić z tego singiel i nagrać klip. Całość jest wielkim ukłonem w stronę ejtisowego synth-popu i oldskulowych filmów sci-fi. Ten ryzykowny zabieg bardzo się opłacił. Śmiem twierdzić, że 555 to jeden z lepszych numerów JEW od kilku lat. Następnym singlem z płyty jest All the Way (Stay) – bardzo stylowy rockowy kawałek, przypominający najlepsze kompozycje zespołu, takie jak Work (Futures, 2004). Kiedy w końcowej partii rozbrzmiewa solo saksofonu jak z czołówki „Mody na sukces” trochę Cię zatyka, ale w następnej sekundzie puszcza, ponieważ orientujesz się, że to brzmi zadziwiająco dobrze. Okazuje się, że JEW miał podobne wrażenie już na etapie miksu. Pierwotnie solówka saksofonu miała być jedynie urozmaiceniem „fejd-ałtu”, smakowitą mgiełką w czasie ostatnich sekund piosenki. Finalnie, została jej kulminacją. Znowu, ryzykowny ruch się opłacił. Kolejne trzy numery, zabierają nas do wczesnych lat dwutysięcznych. JEW nie sili się na innowacyjność. Dostajemy to co dobrze znamy, jednocześnie nie czujemy się zbywani. Cały album wieńczy coda, grande finale, w postaci numeru Congratulations. Nie jest niczym nowym, że na zakończenie dostajemy długą piosenkę (6:11). Zostaliśmy przyzwyczajeni, że JEW karmi nas ciągnącymi się w nieskończoność motywami (Goodbye Sky Harbor z płyty Clarity trwa ponad 16 minut). Jednak tutaj odnoszę wrażenie że, pomimo tendencji do przedłużania, zespół chce postawić kropkę nad i. I robi to w sposób spektakularny. Na koniec ciekawostka: Jim Adkins śpiewając partie do Congratulations nie mógł odgonić od siebie myśli, że jego głos przypomina charaktersytyczne zaciągania Davey’a Havoka z zespołu AFI. Jim postanowił zadzwonić do niego i podzielić się swoim spostrzeżeniem. W rezultacie doszło do tego, że Davey nagrał swój głos do chórków i zrobił to za pomocą smartfona. Przyznam, że efekt robi wrażenie.

Reasumując: Surviving to bardzo dobry album, który pozwolił mi nieco odetchnąć z ulgą. Jestem spokojny i wciąż wierzę, że Jimmy Eat World jak nikt inny potrafi zagrać i zaśpiewać genialne piosenki. Bez ściemy, bez mamienia nas nowoczesnymi trikami i chowania za przeprodukowanym mejkapem. Czekam na numer jedenaście.

Test na błyskotliwość, czyli #Hot16Challenge2

fot. YouTube

Druga odsłona popularnej gry zalewa polski internet. Gracze grają, obserwatorzy się jarają. Zasady są proste – jesteś nominowany, piszesz szesnaście wersów, nagrywasz nawijkę na wideo i nominujesz kolejne osoby. Tak rośnie drzewko. Pnie się w górę i na boki, a Ty idziesz w grubaśny konar albo lichą łamliwą gałązkę. Oczywiście należy Ci się uznanie, gdyż cel jest szlachetny i nadrzędny, ale nie sposób pominąć artystycznego wymiaru Twojego udziału.

Masz 72 godziny na opublikowanie swojego szesnastowersowca. Zegar tyka, wypadałoby wykrzesać z siebie coś przyzwoitego, może jakaś staroć z szuflady się nada, albo coś nowego wypada skrobnąć. Tak czy siak, musisz być bystrzachą. Pod presją czasu kreatywność i talent wysuwają się na pierwszy plan. Jeśli jesteś muzykiem, nawijka powinna być godna szczebla na którym aktualnie wisisz. Jeśli jesteś spoza muzycznego światka, a nawijka wyjątkowo się uda masz szansę zgarnąć podwójną liczbę punktów i gromki aplauz. Może też okazać się, że jesteś Januszem, sprawnie władasz maczetą i częstochowskim rymem. Ok, małpy będą klaskać, ale gdzie tu twórcze piękno?

Przyznaję, ogląda i słucha się tego świetnie. Krótka forma, w której artysta ma szansę pokazać, na co go stać. Nie ma czasu na przesadne produkowanie i rozmydlanie tematu w dwóch zwrotkach, pięciu refrenach i przydługawym bridge’u. Odnoszę wrażenie, że czasem w tym challenge’u największe gwiazdy ulegają przykrej demaskacji. Pod względem jakościowym, w tej grze wygrywają prawdziwe talenty.

Wrzuta Brodki w duecie z 1988 jest drogocenna, zdecydowanie mój numer jeden. Muzycznie i klimaciarsko gęsta jak nimbostratusy. Głos tej filigranowej dziewczyny potrafi zmrozić mi krew w żyłach, idealnie współgra z cmentarnym synowskim bitem. Jest tu jakaś podniecająca fantasmagoria – muzyka jak ze snu, który jednocześnie chcesz pamiętać i zapomnieć. Do tego proste, ale oryginalne najntisowe wideo. Obejrzę sobie jeszcze raz… i jeszcze…

O Audiowidokach – co dalej

Dawno mnie tu nie było. Na szczęście zdążyłem opłacić wszystkie rachunki utrzymujące tę stronę przy życiu. Nie zrobiłem tego jednak po to, aby przez kolejny rok dogorywała smutno w tym internetowym kuble. Idea, która stała za stworzeniem tego bloga była szczytna, przynajmniej w moim mniemaniu – a to już coś.

Świat stanął na głowie. Kule ziemską toczy koronawirus. Służba zdrowia walczy z epidemią na froncie, my walczymy sami ze sobą skiszeni w domach. I z tej walki nierzadko wychodzą dobre rzeczy – rozmawiamy ze sobą, rozbudzamy uśpione zainteresowania, odpoczywamy, patrzymy jak dzieci rosną. Trochę uodparniamy się na medialne torpedowanie naszych głów, zaczynamy myśleć samodzielnie. Wirus trwa, ale lęk zwalnia uścisk i daje odetchnąć. Można skupić się na rzeczach wartościowych.

Postanowiłem nieco odmienić i doprecyzować profil Audiowidoków. Od tej pory na blogu będą pojawiać się recenzje płyt, relacje z koncertów (o ile się jakiś odbędzie), komentarze do wszelkiej maści muzycznych wydarzeń, wywiady z ludźmi muzyki. Aby zadbać o żywy płomień i witalność Audiowidoków postanowiłem zaprosić do współpracy ludzi, których cenię za wiedzę, spostrzegawczość, wrażliwość muzyczną i pióro. Zgodnie z ideą Audiowidoków będziemy pisać o rzeczach, które wyróżniają się na mętnym horyzoncie współczesnej, śmietnikowej kultury. Podróżujemy z dala od obojętności i średniactwa.

Zapraszam Was do śledzenia Audiowidoków. Życzę Wam zdrowia i spokoju ducha.

– Konrad



Pierwsza bacówka

Jakiś czas temu wygrzebałem z plecaka starą kliszę. Oblepiona farfoclami, musiała tkwić tam dość długo. Zaraz sobie przypomniałem co za cudeńka skrywa tajemniczy film. Pobiegłem do punktu foto, kilka dni później odebrałem zdjęcia na płycie CD. Gdzie ja to odpalę? Aby się ten kompakt nie oblepił znowu okruchami zapomnienia na dnie plecaka, zawziąłem się i znalazłem starą stacjonarkę.

Nasz pierwszy wypad do bacówki na zboczach Turbacza. Piękna przyroda, wspaniali ludzie, kąpiele w strumyku, leżenie na trawie, tańce w deszczu, ciepłe wieczory przy wódeczce i bundzu. Byliśmy tam jeszcze później wiele razy, miejsce marzeń z widokiem na kochane Taterki.

Drewniany domek, woda ze studni, światło świec, dzień dziecka codziennie.

Kadr z polskiego filmu z moją żoną w roli głównej.

Taki widok na Taterki.

Malarstwo renesansowe.

Wino, kobiety, sadzawka i śpiew.Rusałki…

…i inne leśne stwory.

Niedźwiedzie wygrzewają się przy wodopoju.

Ze śpiewem na ustach, z sercem na dłoni.

Wiedźmy odprawiają swe gusła.

Dziewczyny pichcą kanapki.

Ostatni haps jajówy.

Piknik.

Piknik, od przodu.

Wiedźmy odprawiają czary.

Jeden robi, reszta patrzy.

Mati przy robocie.

Były nawet zaręczyny na polance.

„Ten spadł na ziemię to będzie dla ciebie, kochanie”

4 razy na NIE.