Press "Enter" to skip to content

Miesiąc: Marzec 2021

Pinegrove – Marigold (2020)

Podprogowa medytacja nad kształtami i wzorami w przyjemny sposób przechodzi nam przez głowę, kiedy Evan Stephens Hall powraca do swoich spostrzeżeń na temat żółtych kwiatów i zielonych prostokątów. Trochę jakby „Marigold” zaniedbywał wyrobioną już u Pinegrove przebojowość i bezpośredniość, konsekwentnie nie mając już w sobie tego impulsu i poczucia słodkiego zakłopotania po zapoznaniu się z treścią czyjegoś pamiętnika.

Ich poprzedni album „Skylight” wyczekał swój czas w szufladzie, pod kątem zaistniałej wówczas sytuacji, natomiast z tej racji to właśnie dopiero najnowsza twórczość Pinegrove daje zespołowi szansę na świadomy komentarz traktujący o wymiarze swoich błędów oraz dochodzeniu do sugerowanej i pożądanej kontroli, jak i zdrowszego postrzegania życia i relacji. Blamaż i gorycz zakamuflowane zostały gdzieś głębiej w piosenkach o romantycznych uniesieniach i akceptacji siebie. Podtekst warstwy lirycznej możemy podporządkować tu pod własne potrzeby, jednak z dużym marginesem na nadzieję i pozytywny wydźwięk, nawet chociażby kosztem utraty zacięcia i intymności ich poprzednich dokonań.

Uniwersalność i prostota brzmienia nie są tutaj atutem, aczkolwiek nie są też dużym minusem. Minimalizm ma swój urok, a szczerość i ciepło wciąż uderza tak samo w nieustępliwych i ekspresyjnych melodiach, nawet gdy Pinegrove przeciera swój szlak pomiędzy indie i emo-folkiem podążając ku stylom alt-country i americana. Jeśli poprzednie albumy były idealnym pomostem między projektami takimi jak Modern Baseball i Tigers Jaw, a Big Thief i (Sandy) Alex G, to „Marigold” zachęca już może skromnie, ale nieodparcie, do zagłębienia się w profil mocno songwriterski ze strony ich wzorców – artystów takich jak np. John K. Samson lub Colin Meloy z The Decemberists.

Chociaż poziom energii spada delikatnie, wciąż cieszy sam fakt odbywania niełatwej drogi przez prywatne bagno grupy z Montclair. Dostajemy kontrastujący portret, który nawet w prostolinijnym przekazie bywa zarówno zrezygnowany, jak i optymistyczny (It’s feeling pretty bad to me/but I don’t think it goes on endlessly, śpiewa Hall w emocjonalnym „Endless”, zanim przejmie nas prawdopodobnie najbardziej pętlowo-roznamiętnionym refrenem ich całej dyskografii). Narracja jest bardzo introspekcyjna i zawzięta („The Alarmist” / „No Drugs”), czasem nieprzejednana i odważna, lecz jednocześnie wciąż zamglona („Moment” / „Phase”), ale też głównie mocno melancholijna oraz pozornie naiwna, czy nawet trywialna, momentami snuta w alegorycznych ramach obszernie egzaltowanych wersów, opisujących między innymi los umierającego przy drodze oposa („Neighbor”).

„Marigold” w efekcie nie byłby pierwszym albumem, jaki poleciłbym nowemu słuchaczowi, aczkolwiek ze swoimi idealnie zgranymi harmoniami i otwartymi chwytami, które już w pełnym wzięciu przeplatają się z dźwiękami nostalgicznych slide’ów, z pewnością nie zawiedzie od strony wrażeniowej. Zostaniemy muśnięci porannym światłem i zagłębimy się w kampingowych anegdotach, aż poczujemy chęć wpuścić koszulę w spodnie i wspomnieć pierwszy odsłuch Alanis Morissette na Mazurach w 1995. 

Bartek Tajak

L. J. Grace, Dan Ozzi – Trans (Wyd. Czarne – 2021)

Jestem wielkim fanem wszystkich wcieleń Laury. Uwielbiam jej twórczość solową, zespół AgainstMe! i muzykę z okresu, gdy była uwięziona w ciele Toma Gabela. Sami więc rozumiecie, że ta pozycja musiała się znaleźć na mojej półce. To moja pierwsza książka, którą zamówiłem w przedsprzedaży, nie nazwałbym tego jednak wówczas zakupem w ciemno – byłem przekonany, że treść będzie na wysokim poziomie. Przez pryzmat piosenek, które tak mocno do mnie przemawiają, zaufałem literackiej wrażliwości Laury i…

… oczywiście się nie zawiodłem. Książkę przeczytałem w dwa wieczory. Płynąłem z narracją, bez zmęczenia uczestniczyłem w kolejnych etapach jej niełatwego życia. Jej wewnętrzne zmagania, poszukiwania tożsamości zostały przedstawione wprost, bez zbędnego patosu i romantyzowania. Są ostre i klarowne, jak jej piosenki. Rozumiałem tę udrękę i szamotaninę z życiem, mimo że przecież nie sposób mi postawić się w roli kobiety uwięzionej w męskim ciele. Świat nie przestanie być wobec nas wrogi i nie przestaniemy ranić bliskich, jeśli najpierw nie pogodzimy się z własnym ja – to moim zdaniem główne przesłanie tej książki. Wydawać by się mogło, że to banał, lecz jest to prawda głęboko w nas ukryta i trudna do zrealizowania w dzisiejszym świecie. Świecie powierzchowności i ogromnej presji wynikającej z dostosowywania się do pewnych moralnych, czy społecznych standardów. W książce nie uświadczymy żadnego ględzenia, czy moralizatorstwa, pewne myśli po prostu nasuwają się same – to jedna z ważniejszych cech dobrej literatury.

Dodatkowo ta książka to istna perełka dla wszystkich fanów amerykańskiego punk rocka. Znajdziemy tu masę różnych anegdot z tras koncertowych, koncertów, nagrywek w studiu, spotkań i relacji członków AgainstMe! z innymi zespołami. Bardzo ciekawe są również opisy i wszelkie inspiracje towarzyszące muzykom AgainstMe! w nagrywaniu poszczególnych albumów. Dzięki lekturze z wielką przyjemnością wróciłem też do nagrań, które z jakiegoś powodu na przestrzeni lat lekceważyłem. To wspaniałe uczucie móc na nowo poznawać twórczość Laury.

Kilka lat temu w Berlinie byłem na solowym koncercie Toma Gabela w ramach trasy „Revival Tour”. Zwróciłem wówczas uwagę na jego osobliwy wygląd, był niemal całkowicie pozbawiony włosów na ciele poza gęstymi piórami opadającymi na ramiona oraz miał delikatne, niemal kobiece rysy twarzy. Pamiętam tę dziwną, energię, która emanowała ze sceny podczas jego występu. Nie wiem dlaczego, ale obserwując go, czułem się skrępowany. O tym zdarzeniu przeczytałem później w tej książce… teraz wiem, że na własnej skórze poczułem demony, z którymi zmagał się wówczas Tom.

8/10

Max Bravura – Too Bravura (2021)

Moje przepraszanie się z polską muzyką zacząłem z grubej rury. Nie spodziewałem się i zostałem mile spoliczkowany. Ale po kolei. Nie wiem zbyt wiele na temat tego zespołu, strzępki informacji przeczytałem w internecie. Max Bravura pochodzą ze Śląska, mają na koncie kilka numerów, epkę, no i świeżo przyrządzony, krótki ale treściwy longplay. Na ten moment nie potrzebuję wiedzieć nic więcej, ponieważ ten album mówi sam za siebie i już po pierwszym przesłuchaniu moje dłonie same składały się do oklasków. Płyta rozpoczyna się rasowym punkowym młotkiem „OFF!”. W tym trwającym aż minutę numerze upchali wszystko i o dziwo wszystko się zgadza: dobre brzmienie, sowizdrzalski wokal, tempo, treść, wałkowany szlagwort i delikatny pocisk na Artura Rojka. Dalej dostajemy „Myśliwych”, kawałek który nie do końca przypadł mi do gustu za pierwszym razem. W pełni doceniłem go jednak po kilku przesłuchaniach i myślę, że właśnie w tej niejednoznaczności tkwi jego moc. Świetnie się rozwija, po drugim refrenie zmienia barwę i zostawia dzwoniący z tylu głowy niepokój. Tekst jest również osobliwy, wciąż odkrywam w nim ukryte warstwy. Kolejne trzy numery „Teardrops”, „My voice” oraz „Johnny” to świetne kompozycje, kapitalne melodie i wokal jakiego dawno nie słyszałem. Doskonale rozumiem to językowe rozdwojenie jaźni w przypadku tej płyty, ponieważ wokalista ma się tu czym pochwalić. Barwa głosu i linie melodyczne to jedno, bardzo dobry angielski to drugie, no ale kontrola głosu i jego emisja to już nie są byle dyrdymały moi mili, tu już należy się uznanie i szacunek. Wokalista, Maciej Wachowiak, genialnie operuje swoim głosem, brzmi mocno zarówno w niskich jak i wysokich rejestrach, swobodnie się między nimi porusza. Momentami przypomina mi wokal Sama McTrustyego z kapeli Twin Atlantic, nawet szkocki akcent się zgadza. Kawałek „Repetetywny” to solidny kawał rock’n’rolla ze znakomitą partią gitary, wkurwem i harmonią a’la Billy Talent. „Mostly 4 fun” i „Reasons” to moje ulubione numery, przepiękne słodko-gorzkie melodie i śpiew, który wprawia mnie w osłupienie. Słucham i nie wiem czy to śpiewa jedna osoba, czy to może cały zespół się wokalnie udziela. Te kawałki opowiadają mi historie, w które chcę się wsłuchiwać. Gitary pięknie współbrzmią z synthami, a pod tym wszystkim łupią kapitalne bębny. Bicia tu są nietuzinkowe i smaczne, bębniarz odwala tu kawał dobrej roboty. Numer „Reasons” przywodzi mi na myśl najlepsze czasy the killers z płyty „Hot fuss”. Okładka bardzo mi się podoba, nie wiem czy przedstawia cierpienie, czy głupi śmiech – wiem, że wywołuje we mnie uczucie jakiegoś niepokoju i rozdygotania. Idealnie współgra z warstwą muzyczną. Świetny zespół, chciałbym jutro pójść na ich koncert.

Ulubiony numer: „Reasons”

Polska muzyka

Ostatnio słucham dużo polskiej muzyki. Czynię to, jak sądzę, w ramach pewnej rehabilitacji. Był czas kiedy myślałem, że po prostu nie ma mi ona wiele do zaoferowania, brakowało mi różnorodności i szczerości. Wszystko było przewidywalne i nudne. Dziś mówię to z lekkim poczuciem wstydu, bo to przecież ignorancja w najczystszej postaci! Zwrot nastąpił oczywiście wtedy, gdy sam postanowiłem nagrać płytę po polsku pod swoim chcąc nie chcąc polskim nazwiskiem. Pewnie nie bez znaczenia jest też fakt, że z wiekiem rodzi się we mnie większy szacunek do polskiego języka i sztuki made in Poland w ogóle. Nauczyłem się doceniać nie tylko talent i predyspozycje nowych artystów, które przekładają się na proces twórczy, ale i trud włożony w samo zaistnienie w specyficznej branży w specyficznym kraju ze specyficznymi upodobaniami jego mieszkańców. Obserwuję działania niezależnych artystów w dobie pandemii. Widzę jak dwoją się i troją aby dotrzeć do słuchaczy ze swoją sztuką. Widzę tę tęsknotę za koncertami, z którą idą do studia i przekuwają w nowe albumy. Sytuacja polityczna jest tak absurdalna, że nic tylko czerpać z niej pełnymi garściami. Myślę, że ten nagromadzony potencjał w końcu wybuchnie i, gdy świat wróci do normalności, zaleje nas przełomowa, nowa fala polskiej muzyki niezależnej, której nie da się zignorować.