Press "Enter" to skip to content

Miesiąc: Maj 2020

Mniej znaczy więcej

Surviving to dziesiąta płyta w dorobku Jimmy Eat World. Pierwsze co mi się nasuwa to wrażenie, że ta okrągła liczba i atmosfera jubileuszu zadziałała bardzo motywująco na zespół z Arizony. Nie żebym odbierał im zaangażowania przy produkcji wcześniejszych albumów, ale tutaj zdecydowanie daje się odczuć chęć podsumowania, klamrę spinająca ich dotychczasową działalność. Jeśli weźmiemy pod uwagę fakt, że skład kwartetu nie zmienił się od niemal trzydziestu lat, dodaje to do całości nadzwyczajnego wydźwięku. Oto przed nami najnowszy, rocznicowy długogrający album chłopaczków, którzy wspólnie dorastali i kształtowali nawzajem swoją muzyczną świadomość od momentu, kiedy zagrali pierwszą próbę w garażu w mieście Mesa we wczesnych latach dziewięćdziesiątych.

Abstrahując od numerka w dyskografii, jest to płyta wyjątkowa. Zespół we współpracy z producentem Justinem Meldal-Johnsenem (m.in. Beck, Nine Inch Nails, Air) postawił na minimalizm, w formie i instrumentarium. Tracklista składa się z dziesięciu solidnych rockowych piosenek, bez kombinowania i postprodukcyjnego dosmaczania. Lider zespołu Jim Adkins w jednym z wywiadów podkreślił, że miejsca które zwykle szpikują dodatkami, tym razem wypełnili… ciszą. I moim zdaniem był to strzał w dziesiątkę. Mniej znaczy więcej. Dali wybrzmieć pięknym, prostym melodiom, a każdy wie, że w melodie to oni umieją.

Pierwsze dźwięki to tytułowy Surviving. Niemal cały kawałek zbudowany na jednym riffie, płynie jak rzeczka, sieka jak młotek (dobrze znamy jednoriffowe hity, chociażby Futures z płyty o tym samym tytule z roku 2004). Następnie leci Criminal Energy – słodko gorzki song z wybijającym się hiciarskim refrenem i nietuzinkową wysoką melodią gitary. Później przechodzimy przez klasyczną balladę „Delivery”, (z kompozycyjnym znakiem rozpoznawczy JEW, czyli hipnotyzującym jednostajnym biciem bębnów), aby dotrzeć do największej niespodzianki albumu, kawałka 555. Nie ma wątpliwości, że to wciąż JEW, z ta różnicą, że ścieżki gitar zostały zastąpione brzmieniem syntezatorów. Wyszło tak dobrze, że zespół postanowił zrobić z tego singiel i nagrać klip. Całość jest wielkim ukłonem w stronę ejtisowego synth-popu i oldskulowych filmów sci-fi. Ten ryzykowny zabieg bardzo się opłacił. Śmiem twierdzić, że 555 to jeden z lepszych numerów JEW od kilku lat. Następnym singlem z płyty jest All the Way (Stay) – bardzo stylowy rockowy kawałek, przypominający najlepsze kompozycje zespołu, takie jak Work (Futures, 2004). Kiedy w końcowej partii rozbrzmiewa solo saksofonu jak z czołówki „Mody na sukces” trochę Cię zatyka, ale w następnej sekundzie puszcza, ponieważ orientujesz się, że to brzmi zadziwiająco dobrze. Okazuje się, że JEW miał podobne wrażenie już na etapie miksu. Pierwotnie solówka saksofonu miała być jedynie urozmaiceniem „fejd-ałtu”, smakowitą mgiełką w czasie ostatnich sekund piosenki. Finalnie, została jej kulminacją. Znowu, ryzykowny ruch się opłacił. Kolejne trzy numery, zabierają nas do wczesnych lat dwutysięcznych. JEW nie sili się na innowacyjność. Dostajemy to co dobrze znamy, jednocześnie nie czujemy się zbywani. Cały album wieńczy coda, grande finale, w postaci numeru Congratulations. Nie jest niczym nowym, że na zakończenie dostajemy długą piosenkę (6:11). Zostaliśmy przyzwyczajeni, że JEW karmi nas ciągnącymi się w nieskończoność motywami (Goodbye Sky Harbor z płyty Clarity trwa ponad 16 minut). Jednak tutaj odnoszę wrażenie że, pomimo tendencji do przedłużania, zespół chce postawić kropkę nad i. I robi to w sposób spektakularny. Na koniec ciekawostka: Jim Adkins śpiewając partie do Congratulations nie mógł odgonić od siebie myśli, że jego głos przypomina charaktersytyczne zaciągania Davey’a Havoka z zespołu AFI. Jim postanowił zadzwonić do niego i podzielić się swoim spostrzeżeniem. W rezultacie doszło do tego, że Davey nagrał swój głos do chórków i zrobił to za pomocą smartfona. Przyznam, że efekt robi wrażenie.

Reasumując: Surviving to bardzo dobry album, który pozwolił mi nieco odetchnąć z ulgą. Jestem spokojny i wciąż wierzę, że Jimmy Eat World jak nikt inny potrafi zagrać i zaśpiewać genialne piosenki. Bez ściemy, bez mamienia nas nowoczesnymi trikami i chowania za przeprodukowanym mejkapem. Czekam na numer jedenaście.

Test na błyskotliwość, czyli #Hot16Challenge2

fot. YouTube

Druga odsłona popularnej gry zalewa polski internet. Gracze grają, obserwatorzy się jarają. Zasady są proste – jesteś nominowany, piszesz szesnaście wersów, nagrywasz nawijkę na wideo i nominujesz kolejne osoby. Tak rośnie drzewko. Pnie się w górę i na boki, a Ty idziesz w grubaśny konar albo lichą łamliwą gałązkę. Oczywiście należy Ci się uznanie, gdyż cel jest szlachetny i nadrzędny, ale nie sposób pominąć artystycznego wymiaru Twojego udziału.

Masz 72 godziny na opublikowanie swojego szesnastowersowca. Zegar tyka, wypadałoby wykrzesać z siebie coś przyzwoitego, może jakaś staroć z szuflady się nada, albo coś nowego wypada skrobnąć. Tak czy siak, musisz być bystrzachą. Pod presją czasu kreatywność i talent wysuwają się na pierwszy plan. Jeśli jesteś muzykiem, nawijka powinna być godna szczebla na którym aktualnie wisisz. Jeśli jesteś spoza muzycznego światka, a nawijka wyjątkowo się uda masz szansę zgarnąć podwójną liczbę punktów i gromki aplauz. Może też okazać się, że jesteś Januszem, sprawnie władasz maczetą i częstochowskim rymem. Ok, małpy będą klaskać, ale gdzie tu twórcze piękno?

Przyznaję, ogląda i słucha się tego świetnie. Krótka forma, w której artysta ma szansę pokazać, na co go stać. Nie ma czasu na przesadne produkowanie i rozmydlanie tematu w dwóch zwrotkach, pięciu refrenach i przydługawym bridge’u. Odnoszę wrażenie, że czasem w tym challenge’u największe gwiazdy ulegają przykrej demaskacji. Pod względem jakościowym, w tej grze wygrywają prawdziwe talenty.

Wrzuta Brodki w duecie z 1988 jest drogocenna, zdecydowanie mój numer jeden. Muzycznie i klimaciarsko gęsta jak nimbostratusy. Głos tej filigranowej dziewczyny potrafi zmrozić mi krew w żyłach, idealnie współgra z cmentarnym synowskim bitem. Jest tu jakaś podniecająca fantasmagoria – muzyka jak ze snu, który jednocześnie chcesz pamiętać i zapomnieć. Do tego proste, ale oryginalne najntisowe wideo. Obejrzę sobie jeszcze raz… i jeszcze…

O Audiowidokach – co dalej

Dawno mnie tu nie było. Na szczęście zdążyłem opłacić wszystkie rachunki utrzymujące tę stronę przy życiu. Nie zrobiłem tego jednak po to, aby przez kolejny rok dogorywała smutno w tym internetowym kuble. Idea, która stała za stworzeniem tego bloga była szczytna, przynajmniej w moim mniemaniu – a to już coś.

Świat stanął na głowie. Kule ziemską toczy koronawirus. Służba zdrowia walczy z epidemią na froncie, my walczymy sami ze sobą skiszeni w domach. I z tej walki nierzadko wychodzą dobre rzeczy – rozmawiamy ze sobą, rozbudzamy uśpione zainteresowania, odpoczywamy, patrzymy jak dzieci rosną. Trochę uodparniamy się na medialne torpedowanie naszych głów, zaczynamy myśleć samodzielnie. Wirus trwa, ale lęk zwalnia uścisk i daje odetchnąć. Można skupić się na rzeczach wartościowych.

Postanowiłem nieco odmienić i doprecyzować profil Audiowidoków. Od tej pory na blogu będą pojawiać się recenzje płyt, relacje z koncertów (o ile się jakiś odbędzie), komentarze do wszelkiej maści muzycznych wydarzeń, wywiady z ludźmi muzyki. Aby zadbać o żywy płomień i witalność Audiowidoków postanowiłem zaprosić do współpracy ludzi, których cenię za wiedzę, spostrzegawczość, wrażliwość muzyczną i pióro. Zgodnie z ideą Audiowidoków będziemy pisać o rzeczach, które wyróżniają się na mętnym horyzoncie współczesnej, śmietnikowej kultury. Podróżujemy z dala od obojętności i średniactwa.

Zapraszam Was do śledzenia Audiowidoków. Życzę Wam zdrowia i spokoju ducha.

– Konrad